|
Można powiedzieć, że w Gnojnie byliśmy już w
piątek, lecz tylko po to by zostawić sprzęt
(rowery, materace, kuchnię gazową, gaz i kilka
innych rzeczy).
Nie ma co ukrywać, że w tym roku przygotowanie
było bardzo słabe i atmosfera tuż przed samym
wyjazdem była bardzo napięta. Jak zwykle męczyły
nas myśli - czy wszystko jest dopilnowane, czy o
czymś nie zapomnieliśmy? Jednak po przyjeździe
do takiego pięknego miejsca raczej się o
wszystkim zapomina.
Tak więc w pełnym składzie w Gnojnie byliśmy o
godzinie 10:00 w sobotę, a zaczęliśmy od
konkretnego sprzątania pomieszczeń schroniska. W
oko wpadło nam nowo wyremontowane pomieszczenie,
w którym spożywaliśmy wszystkie posiłki. Jedni
zamiatali podłogi, inni rozstawiali namiot, a
jeszcze inni przygotowywali się do pracy w kuchni.
Po małych przygotowaniach rozpoczął się apel, na
którym omówiliśmy sprawy bieżące i
przedstawiliśmy aktualny plan na cały dzień, a
za pół godziny wyruszyliśmy na zwiad terenowy po
okolicach Gnojna. W czasie wycieczki byliśmy na
słynnej skarpie. Chwilę potem wracaliśmy do
schroniska. Po drodze mieliśmy niespodziewany
wypadek, na którym „straciliśmy” jednego z uczestników
biwaku. Pod wieczór bawiliśmy się w „łapanie
mustangów”, strzelaliśmy z łuków do celu i rozpaliliśmy
ognisko, przy którym zostały omówione obrzędy
indiańskie. Po kolacji zebraliśmy się w sali by
pośpiewać nowe piosenki i przypomnieć sobie
stare, które bardzo lubimy. Praktycznie
wszystkim bardzo podobały się nowe piosenki.
Rano po śniadaniu udaliśmy się do kościoła,
gdzie zostaliśmy bardzo miło przywitani.
Niezwykle spodobał nam się sposób w jaki tutejsi
mieszkańcy uczestniczyli we mszy świętej,
szczególnie głośne śpiewy i modlitwy. Po
Eucharystii, na apelu nastąpiło przydzielenie
obowiązków wachty kuchennej i służby
porządkowej. Po apelu zabraliśmy się za robienie
tak zwanej „ścieżki życia”, po której trzeba
było przejść boso. Prawdę mówiąc dzisiejszy
dzień był bardzo spokojny i brakowało w nim
zajęć dla uczestników, a powodem tego była
chwilowa nieobecność na biwaku naszego
komendanta - druha Krzysztofa. Ściemniało się
już, więc zaczęliśmy rozpalać indiańskie
ognisko, na które chłopaki przygotowali małe
przedstawienie. Jak zwykle po kolacji odbyło się
podsumowanie dnia, a chwilę później śpiewogranie.
Kolejny dzień zaczął się jak co dzień od
solidnej rozgrzewki, jego atrakcją był wyjazd do
stadniny koni arabskich w Janowie Podlaskim. Tam
miło spędzaliśmy czas karmiąc konie biegające w
zagrodach. Bawiło nas to, w jaki sposób zjadały
nam trawę z ręki, głaskając zewnętrzną stronę
dłoni swoimi końskimi wargami. Przed obiadem
trochę pośpiewaliśmy uzupełniając niedosyt jaki
pozostał w nas po wieczornym śpiewaniu. Godzinę
po obiedzie wyruszyliśmy w teren, odbyła się
pierwsza gra terenowa „złodziej mlecza”. Tam
naszym zadaniem było odgadnąć, która z postaci
jest złodziejem mlecza, okazał się, że jest nim
kowboj. Został on złapany i przywiązany do
drzewa w celu wykorzystania go w rytualnym
złożeniu ofiary przy nocnym ognisku. I
rzeczywiście tak się stało. Najpierw odcięto mu
wielkim toporem małą głowę, a potem zatańczono
przy jego ciele i pochowano „resztki”.
Oczywiście wszystko było bardziej sztucznym
pokazem, a nie prawdziwą indiańską rzeźnią. Tego
dnia podsumowanie odbyło się przy cieple
indiańskiego ogniska, a że było już późno
poszliśmy szybko spać.
Wtorkowa pogoda niestety nie sprzyjała
wycieczkom rowerowym, toteż wybraliśmy się na
wycieczkę pieszą brzegiem Bugu. Podziwialiśmy
przyrodę Parku Krajobrazowego z bliska,
mogliśmy bezpośrednio poznać co kryje w sobie
piękno tutejszej przyrody. Mimo, iż nie mięliśmy
rowerów wyprawa bardzo nam się podobała. Po
powrocie zjedliśmy obiad, który jak zwykle z
powodu niezwykle ciekawych i przewlekających się
rozmów trwał bardzo długo. Zaraz po nim odbył
się pełen zabawy i uśmiechów mecz piłki nożnej.
Koło godziny osiemnastej wyszliśmy na grę
fabularną , która polegała na odnalezieniu
zagubionego echa. W nocy jeszcze raz wyszliśmy
na grę, aby uwolnić błąkającą się duszę kowboja.
Nasi Indianie użyli do tego celu „kamieni
wolności”, które otrzymali na poprzedniej grze.
Mniej więcej w ten sposób zakończyła się fabuła
gry.
Środa - dzień zakończenia biwaku i rozjazdu do
domów. Już powoli rozmywa się utarty w tym
miejscu klimat. Trzeba niestety powoli
wyjeżdżać. Rano spakowaliśmy plecaki i zwinęliśmy
materace, a po śniadaniu wyjechaliśmy do
Serpelic na kolejna rowerową wycieczkę
pozwiedzać piękne okolice i miejsca. Po powrocie
mieliśmy trochę wolnego czasu na dokończenie
porządków i wspólne rozmowy. Po apelu
dokończyliśmy pakowanie, oddaliśmy klucze do
schroniska i wyjechaliśmy do domu. |
|
foto
(opis
+ powiększenie) |
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|
|