PIERWSZA GÓRSKA WYPRAWA "BIESZCZADY"

(03-09.08.2002)


Opis

3 sierpień 2002 (sobota) godzina 17.03 – ze stacji PKP w Międzyrzecu wyjeżdżamy na wyprawę w Bieszczady. Bieszczadzka ekipa liczy 12 osób: Łukasz ps. GUCIO, Adam ps. ADAM, Rafałek ps. BOLO, Kamil ps. KAMIL, Dawid ps. GAZIO, Rafał ps. PARAFIA (później KJETYN, a jeszcze później KJETYN KJANAJEK), Damian ps. SIUSIAK, Paweł ps. SOPEL, Darek ps. ZOMBEK, Bartosz ps. BARTOSZ, Karol ps. KAROL oraz Krzysio ps. DRUH. Jeszcze tylko przesiadka o 19.30 w Warszawie Wschodniej na pociąg pospieszny, odjeżdżający stąd o 19.53 i już 4 sierpnia 2002 (niedziela) o godzinie 07.47 jesteśmy w Zagórzu[1], potem godzinka przerwy i o 08.46 znowu odjeżdżamy pociągiem, tym razem do Nowego Łupkowa (osiągamy go o 10.04). Atrakcją jest sam przejazd pociągiem relacji Sanok – Humenne. Bardzo szybko zajęliśmy miejsca w słowackich wagonach – wszyscy oczywiście mieli przez tą godzinkę się zdrzemnąć, ale to, co było za oknami po prostu na to nie pozwalało. Wszyscy jak jeden brat „dopadli” się do okien i cały czas przez nie wyglądali. Lokomotywa spalinowa, która ciągnęła, cztery słowackie wagony, toczyła się dosyć szybko po jedynym torze na tej linii. Tor cały czas się zawijał – raz w prawo, raz w lewo, tu mocniej, tam słabiej, wznosił się w górę, opadał w dół, ciągle towarzysząc płynącemu niezwykle leniwie obok potokowi OSŁAWA. Nad potokiem – jak gdyby nigdy nic – latały sobie czaple siwe, ptaki drapieżne i bociany. Krajobrazy widziane z okien pociągu chyba u wszystkich budziły żywe zainteresowanie, podobnie jak trasa pociągu, który w paru miejscach musiał „przebijać” się przez gąszcz roślinności, ocierającej się o wagony. Zainteresowanie budziły też rozwiązania techniczne zastosowane przez Słowaków w ich wagonach. Przedziały można było zamykać od środka, a z zewnątrz mógł je otworzyć tylko konduktor. Drugą ciekawostką było to, że ciśnienie, z jakim wypłynie woda przy umywalce zależy od siły nacisku na pedał nożny. Godzinka szybko zleciała (niestety, bo większość z nas mogłaby jechać tym pociągiem jeszcze bardzo długo) i znaleźliśmy się na stacji NOWY ŁUPKÓW. Na pobliskim przystanku autobusowym zjedliśmy śniadanie, odwiedziliśmy karczmę i przeprowadziliśmy zwiad. Na godzinę 11.30 udaliśmy się do tutejszej parafii na mszę świętą, na której wszystkim bardzo chciało się spać (niektórzy skorzystali z tej możliwości w kościelnych ławkach). Bardzo fajny ksiądz... odprawił mszę w ciągu niespełna 45 minut. Najlepsze było błogosławieństwo na zakończenie, gdy wszyscy ludzie klęczeli, a my jako jedyni w kościele staliśmy (no cóż po prostu inaczej jest u nas a inaczej tutaj). Zadowoleni po wypełnieniu harcerskiego obowiązku wróciliśmy na przystanek. W związku z tym, że dopiero o 15.59 mamy autobus, jesteśmy w komfortowej sytuacji, bo dysponujemy dużą ilością wolnego czasu, który wykorzystujemy na uzupełnienie niedoborów pokarmowych, a także odpoczynek na zielonej trawce. Niektórzy zażywają również kąpieli słonecznej w bieszczadzkim słońcu. Czas mija wolno, autobus opóźnia się kilka minut, ale na szczęście przyjeżdża. Płacimy po 4,40 PLN za kurs do Cisnej i mkniemy po bieszczadzkiej drodze. Wysiadamy w CISNEJ[2]. Robimy małe zakupy, a dalej piechotką z plecakami do DOŁŻYCY. Następnie skręcamy na czarny szlak biegnący w dolinę dawnej wsi Jaworzec. Szlak początkowo biegnie wzdłuż SOLINKI, do czasu, gdy zechce mu się nagle i niezauważenie skręcić w prawo i wspinać po „piekielnie” stromych stokach FALOWEJ (965 m n.p.m.). W lasach przy Falowej przeważają świerki i jodły, co jest nietypowym zjawiskiem w bieszczadzkich lasach, porośniętych w większości bukiem. Następnie idziemy przez CZERENINĘ (981 m n.p.m.) i dalej bokiem KICZERY, tzw. "siodełkiem" pod Kiczerą (930 m n.p.m.).

Niejednokrotnie w czasie marszu ktoś tracił siły fizyczne i wiarę we własne możliwości. Lecz w górach tak jak w życiu – nie zawsze łatwo. Schodzimy w dolinę Jaworca. Po przejściu potoku WETLINA, na stoku, jest widoczna bacówka PTTK „Moskałówka”. Część uczestników naszej wyprawy na 20 minut przed dojściem do bacówki zupełnie traci siły, jednak po krótkim odpoczynku za mostem nad Wetliną, połączonym ze zjedzeniem kolacji, na szczęście je odzyskuje. Po odpoczynku mijamy jeszcze piece do wypalania węgla drzewnego i baraki mieszkalne pracowników. Niegdyś w Bieszczadach widok dymiących mielerzy był codziennością[3]. W drodze wyprzedzamy dwóch górali, pracujących przy wypalaniu (idą do gaździny na piwo), wymieniamy z nimi parę słów i wreszcie kilkanaście minut po godzinie 20.00 docieramy do schroniska. Przystępujemy do rozbicia pałatek na stoku przy bacówce (niektórzy bardzo nieporadnie). Czynności te kończymy już głęboko po zachodzie słońca. Po przygotowaniu posłań idziemy jeszcze na kolacyjkę. Wchodzimy do małego pomieszczenia w bacówce („izby”), w którym panuje dosyć ciekawy klimat: nie wchodzi się tu w butach, a zostawia się je w przedsionku (mało kto to zauważył i większość z nas „wlazła” do izby w buciorach); brakuje światła – świecą się tylko dwie żarówki, co stwarza miłą atmosferę; Łukasz, który obsługuje okienko jest bardzo miły, wszyscy mówią mu po imieniu; chwila, kiedy wydawane są zamówione potrawy jest oznajmiana dźwiękiem z jakiegoś instrumentu; wrzątek można otrzymać za darmochę, co wszyscy oceniają jak najbardziej pozytywnie. Po posiłku jest jeszcze chwila na toaletę wieczorną, a później wszyscy układają się do snu... snu gdzieś na górskim stoku, wśród szumu wody, dochodzącego z potoku oraz wieczornych śpiewów świerszczy, w towarzystwie bezchmurnego, granatowego nieba z pięknie rozsypanymi i jeszcze piękniej widocznymi gwiazdami... Niestety księżyc jest już niewidoczny, ponieważ za kilka dni będzie nów.

5 sierpień 2002 (poniedziałek) zaczynamy pobudką około godziny 8.00. Wyszedłszy z pałatki, poza słońcem pięknie wylewającym swoje promienie po stokach górskich, moim oczom ukazał się niespotykany widok. Pałatka, pod którą spali SOPEL i ZOMBEK wyglądała tak jakby wystawiła język, kiedy podszedłem bliżej okazało się, że jest to część SOPLA (od nóg do pasa), która po prostu „wyjechała” z pałatki. Ci, którzy to widzieli mieli chwilę radości z samego rana. Najciekawiej przedstawiałaby się sytuacja, w której po pobudce nie byłoby paru osób, a znaleźlibyśmy je kilka minut później pod schroniskiem śpiących w swoich śpiworkach tak jakby nigdy nic. Na szczęście wszyscy byli obecni. Śniadanie, a po nim mkniemy piechotką (co poniektórzy po wczorajszej wędrówce nie mkną, a wręcz się ociągają) na najbliższy przystanek autobusowy w okolicy Kalnicy, wcześniej dokonując zakupów w miejscowym sklepie, w którym ceny były naprawdę górskie, tak samo jak „górska” była ekspedientka – polecam sprawdzić na własnej osobie. Na przystanku dzielimy się na dwie grupy: Isza to ci, którzy mają siły i chcą iść dalej, a IIga to ci, którzy chcą lub muszą dalej jechać. Uczestnicy Iszej grupy (DRUH, ADAM, PARAFIA, BOLO) poszli w kierunku czerwonego szlaku (nazywanego Głównym Szlakiem Bieszczadzkim). Po kilkuset metrach osiągnęliśmy punkt „poboru opłat za wstęp do Parku” (po 2 PLN od osoby), a następnie przeszliśmy przez most nad potokiem WETLINA. Kilka metrów dalej przepływał mały potoczek KINDRAT, którym weszliśmy do Wetliny, aby skorzystać ze zbawiennej dla stóp kąpieli w dosyć chłodnej wodzie. Po około 10 minutach powędrowaliśmy dalej i ponad dwugodzinną wspinaczkę po stoku zakończyliśmy na szczycie SMEREK (1222 m n.p.m.), gdzie mogliśmy dłużej odpocząć. Muszę wspomnieć, że w drodze na Smerek po raz pierwszy w czasie naszej bieszczadzkiej wyprawy zobaczyliśmy wyższe partie Bieszczadów wyniesione ponad lasami, ponieważ Bieszczady są jedynymi górami w Polsce, gdzie wyróżniamy trzy piętra roślinne piętro pogórzy, czyli dolin, sięgające 700 – 800 m n.p.m., piętro regla dolnego, sięgające do 1150 m n.p.m. oraz piętro połonin, czyli łąk wysokogórskich. Dotychczas udało nam się wędrować tylko do wysokości niespełna 1000 m n.p.m., a więc nie mieliśmy okazji być na nie zalesionych partiach gór. Dopiero tu zobaczyliśmy połoniny oraz przepiękne bieszczadzkie krajobrazy. Pod Smerekiem trzeba było jeszcze dość mocno się natrudzić, bo wejście na szczyt jest po prostu strome. Już na nim ukazuje się naszym oczom metalowy krzyż o wysokości około trzech metrów. Przybywający na szczyt turyści wkładają w pustą konstrukcję krzyża kawałki podpisanych przez siebie skał. Dodać należy, że krzyż jest pomazany takimi podpisami praktycznie w każdym miejscu (poważny turysta nie robi takich rzeczy). Po około 30 minutach wyruszyliśmy dalej, by dojść do PRZEŁĘCZY ORŁOWICZA (1075 m n.p.m.), i rozpocząć wędrówkę po POŁONINIE WETLIŃSKIEJ[4] i zdobyć HNATOWE BERDO[5] (1253 m n.p.m.), które jest najwyżej położonym punktem Połoniny Wetlińskiej znajdującym się na trasie szlaku; obok niego (poza szlakiem) znajduje się ROH (1255 m n.p.m.). Po niespełna godzinie dotarliśmy do Schroniska „Chatka Puchatka” będącego najwyżej położonym schroniskiem w Bieszczadach – 1228 m n.p.m. Dla informacji warto podać, że np. woda mineralna kosztuje tu 5 zł, a Gorący Kubek 3 zł; w schronisku dyżurują również ratownicy GOPR-u. Po przerwie schodzimy już z Połoniny Wetlińskiej do Brzegów Górnych, by stamtąd pojechać busem (2,50 PLN) do Ustrzyk Górnych.

Chłopaki z II-giej grupy pojechali z przystanku w Kalnicy od razu do Ustrzyk Górnych busem (3,00 PLN). Starsi mieli za zadanie wyszukać dobre i tanie pole namiotowe na nocleg. Szczerze mówiąc znaleźli chyba „najlepsze” pole w Ustrzykach Górnych – kawałek mokrej ziemi za barem „U Lacha” (odwiedzającym Ustrzyki Górne polecam sprawdzić bar „U Lacha” – 2-gi po lewej stronie drogi w kierunku Ustrzyk Dolnych, ok. 100 metrów od „centrum”) – koszt pola 4,00 PLN, później zmalał do 2,00 PLN. Wydarzenia z tego pola namiotowego przemilczę – dodam tylko, że szklanka wrzątku kosztowała tu złotówkę.

6 sierpień 2002 (wtorek). Po pobudce i śniadaniu przenieśliśmy się na inne miejsce – pole na podwórku przy pierwszym domu za kościołem i plebanią. Właścicielka okazała się bardzo miłą osobą, a warunki w porównaniu do wczorajszego pola były doskonałe (czysty WC, umywalnia, wrzątek za darmochę), włącznie z ceną (3,00 PLN za dobę – w sumie po 6,00 PLN od osoby). Przez chwilkę rozbijaliśmy pałatki i wkładaliśmy do nich bagaże. Następnie w gronie chętnych (GUCIO, ADAM, BOLO, GAZIO, SOPEL, BARTOSZ, KAROL i DRUH) udaliśmy się do Rejonowej Stacji Bieszczadzkiej Grupy Górskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego (GOPR), by popatrzeć jak działają ratownicy GOPR-u, popytać, jakie mają akcje ratownicze, a także obejrzeć sprzęt, którym się posługują. Przywitał nas sam Naczelnik Bieszczadzkiej Grupy GOPR Jerzy Żak. Wizyta potrwała ponad godzinę (myślałem, że zajmie nam około 10-15 minut, ale ratownicy okazali się niezmiernie fajnymi ludźmi). Po wizycie udaliśmy się do „centrum” Ustrzyk Górnych, gdzie dołączyli do nas PARAFIA, SIUSIAK i KAMIL. W ich towarzystwie udaliśmy się czerwonym szlakiem (kupując przy wejściu do Bieszczadzkiego Parku Narodowego wejściówki po 2,00 PLN) z zamiarem zdobycia Tarnicy. Szliśmy (stałym tempem) niezwykle malowniczą ścieżką dydaktyczną „Śnieżyca wiosenna” przez szczyt o wysokości 1243 m n.p.m., SZEROKI WIERCH (1268 m n.p.m.) i szczyt 1315 m n.p.m., do przełęczy 1275 m n.p.m., skąd powędrowaliśmy żółtym szlakiem na TARNICĘ (1346 m n.p.m.). Po około 40 minutach wróciliśmy ze szczytu na przełęcz, skąd I-sza grupa (GUCIO, BOLO, KAMIL, GAZIO, SIUSIAK, SOPEL, BARTOSZ i KAROL) ruszyła niebieskim szlakiem (ścieżka dydaktyczna „Orlik Krzykliwy”) do Wołosatego[6], a później do Ustrzyk Górnych na pole namiotowe (na stopa i busem). II-ga grupa (ADAM, PARAFIA i DRUH) poszła dalej czerwonym szlakiem pod KOPĄ BUKOWSKĄ 1320 m n.p.m., na HALICZ 1333 m n.p.m. i ROZSYPANIEC 1280 m n.p.m., później na PRZEŁĘCZ BUKOWSKĄ i ośmiokilometrową drogą przez las do Wołosatego, a dalej busem za 3,00 PLN do Ustrzyk Górnych. ZOMBEK w dniu dzisiejszym wypoczywał na polu... namiotowym oczywiście.

7 sierpień 2002 (środa). Dzisiaj wstaliśmy zdecydowanie później niż zwykle. Pogoda nie skłaniała do radości – dosyć chłodno, szczyt Połoniny Caryńskiej otulony chmurami, zbierało się na deszczyk. Warunki zewnętrzne sprzyjały pozostaniu na polu namiotowym, ewentualnie wyjściu na jakieś zakupy. Zjedliśmy śniadanie i pogadaliśmy trochę o planach na dzień dzisiejszy (opcja: pole namiotowe), później każdy znalazł sobie zajęcie – jedni grali w „noża”, drudzy poszli nad potok... Około godziny 11.00 ekipa w składzie GUCIO, ADAM, BOLO, PARAFIA i DRUH podjęła decyzję, aby zorganizowaniu jeszcze jedną wędrówkę (w końcu pogoda nie jest najgorsza i trzeba ten wolny czas na coś wykorzystać, dlaczego nie na chodzenie po górach). Dotychczas nie zdobyliśmy jeszcze tylko jednego odcinka Głównego Szlaku Bieszczadzkiego, a mianowicie POŁONINY CARYŃSKIEJ. Ruszyliśmy więc na jej podbój. Zanim dotarliśmy do szlaku przy sklepie spotkaliśmy znajomy samochód (GOPR-owski Land Rover), a w samochodzie znajomą twarz – poznanego wczoraj ratownika, który udawał się na Połoninę Wetlińską, by tam pełnić dyżur[7]. Chwila rozmowy, parę życzliwych słów i idziemy dalej. Po przejściu nad potokiem WOŁOSATY dotarliśmy wreszcie do miejsca, gdzie zaczynał się szlak – punkt kasowy (kolejne 2,00 PLN). Przy potoku byliśmy świadkami dosyć ciekawej sytuacji – kobieta i mężczyzna w wieku już chyba ponad 60 lat przechodzili sobie po kamieniach w potoku (kto wie może przypominali sobie czasy kiedy byli tacy jak my) i w pewnym momencie, chwila nieuwagi... pani... kamień... ślisko... z torebką... w ubraniu... chlup... do wody... My oczywiście poważni, gotowi pomagać, a tu towarzysz wyprawy jak RYCERZ odwrócił się, aby pomóc DAMIE wygrzebać się z potoku. To, że wszystko jest na pewno w porządku oznajmiła nam sama DAMA wydając z siebie „głos radości” w postaci śmiechu. Kiedy RYCERZ zupełnie wyciągnął DAMĘ z wody, poszliśmy dalej i też – już w bezpiecznej odległości – wydaliśmy z siebie „głos radości”... Czerwony szlak prowadził pod szczytem o wysokości 1107 m n.p.m., na szczyt 1239 m n.p.m., skąd mogliśmy popatrzeć na Ustrzyki z góry. Za pomocą lornetki dostrzegliśmy nasze pole namiotowe. Po obserwacji zjedliśmy posiłek, napiliśmy się i ułożyliśmy się szczycie, by odpocząć. Przy okazji wizyty na Połoninie Caryńskiej zacytuję garstkę wyrażeń, które dało się słyszeć najczęściej na szczytach: „kurcze, mam zasięg”, „ty, patrz mam zasięg, no, ha ha ha ha ja też”, „moja kochana komórka”, (30% obszaru Bieszczad jest pokryte siecią komórkową). Dlatego skomórkowani wykorzystywali ten czas na rozmowy i wysyłanie SMS-ów. Ze szczytu udaliśmy w dalszą drogę. Po 15 minutach GUCIO i BOLO zeszli z Połoniny Caryńskiej zielonym szlakiem na PRZEŁĘCZ WYŻNIAŃSKĄ (855 m n.p.m.), a reszta poszła dalej Połoniną na wysokość 1297 m n.p.m., by pod szczytem 1245 m n.p.m. też zejść z Caryńskiej, tylko tyle, że do Brzegów Górnych. Wszyscy po zakończeniu wędrówki złapali „stopa” i w dość krótkim czasie zjawili się na polu namiotowym. Następnie odwiedziliśmy sąsiadujący z nami potok; byliśmy tu ponad godzinę, a niektórzy zdecydowanie dłużej. Wieczorem poszliśmy na „Kolorowe Lato”, po nim jeszcze tylko spotkanie całej ekipy bieszczadzkiej, toaleta i cisza nocna.

8 sierpień 2002 (czwartek) – ostatni dzień w Bieszczadach. Pobudka o 6.00, szybkie składanie pałatek, i 6.50 jesteśmy już w „centrum” Ustrzyk Górnych, gdzie czekamy na autobus do Ustrzyk Dolnych. Pakujemy się do nowiuśkiego AUTOSAN-a, bagaże do bagażnika, a my do środka. Ponad godzina drogi, którą większość wykorzystuje na drzemkę. Wysiadamy przy stacji kolejowej w Ustrzykach Dolnych i wchodzimy do środka. Do 10.59 czekamy tu na pociąg do Zagórza. W grupach idziemy kupić sobie coś na śniadanie i pozwiedzać trochę miasto. Pociąg opóźnia się 20, a potem do 35 minut. Po 12.40 jesteśmy w Zagórzu. Tutaj podobnie mamy sporo wolnego czasu. Niektórzy jeszcze piszą i wysyłają kartki pocztowe, inni zaopatrzają się w jedzonko na podróż do domu. ADAM, PARAFIA, GUCIO, BOLO, RAFAŁ, ZOMBEK i DRUH korzystając z czasu idą zwiedzić ruiny klasztoru. Początkowo dosyć długo szukaliśmy drogi dojścia, raz zaszliśmy za daleko, później za blisko, ale udało nam się jakoś dojść do potoku Osława, przeszliśmy go i udaliśmy się w dalszą drogę, po 10 minutach marszu klasztor zamiast przybliżać oddalał się. Ktoś wreszcie wpadł na dobry pomysł i musieliśmy wrócić z powrotem przed potok. Dalsza droga była już tą właściwą. Po 30 minutach przekroczyliśmy bramę klasztoru[8]. Można by dużo pisać o tym miejscu – sam czułem się tu tak średniowieczny mnich. Pierwszy raz w życiu widziałem ruiny tak wielkiej budowli i powiem tylko, że bardzo mi się tu podobało. Zresztą wszystkim polecam odwiedzenie ruin, zwłaszcza, że klasztor jest obecnie restaurowany.

Wróciliśmy z powrotem na stację – tym razem już zdecydowanie „prostszą” drogą. Mamy jeszcze chwilkę czasu i ponad godzinę przed odjazdem pakujemy się do wagonów. Wyjeżdżamy o 18.23. Nasz pociąg jedzie m.in. przez Krosno, Jasło, Rzeszów, Leżajsk, Sandomierz, Ostrowiec Świętokrzyski, Skarżysko Kamienną i Radom. W nocy oczywiście większość z nas śpi. Muszę pochwalić konduktora, bo po kontroli biletów przed 23.00 następna była ok. 05.00. W czasie przejazdu przez Warszawę chłopaki żywo interesują się GRAFFITI – co ciekawszym nawet robią zdjęcia. Do Warszawy Wschodniej dojeżdżamy o 6.46 już w piątek – 9 sierpnia 2002. Mamy 12 minut na przesiadkę. Oczywiście nie musieliśmy się jakkolwiek spieszyć, bo pociąg relacji Szczecin – Terespol ma 30 minutowe opóźnienie. Radośnie oczekujemy na pociąg – radośnie, bo wszyscy ludzie z peronu patrzą się tylko na nas, tak jakby nie widzieli innych ludzi, których jest naprawdę dużo. Kto nie wie dlaczego się na nas patrzą, niech pojedzie sobie do Warszawy z grupą chłopaków, mających kanarkowe włosy (myślę, że niektórzy nawet się nas obawiali). Pociąg przyjechał i wsiedliśmy do wagonu. Wyjechaliśmy z Warszawy o 7.30, w Międzyrzecu byliśmy o 09.25. I tutaj zakończyliśmy naszą bieszczadzką wyprawę.

Kilkanaście dni po wyjeździe ciągle mam przed oczyma migawki tych miejsc, w których byliśmy i tych chwil, które udało nam się przeżyć razem. Szczerze mówiąc, to jeszcze nie raz mógłbym wybrać się na taką wędrówkę – są to naprawdę niezapomniane chwile. Pociąg z Zagórza do Nowego Łupkowa..., plecak ZOMBKA..., schronisko na „Moskałówce”..., pierwszy widok połonin..., wejście na Smerek..., przyjaźni ludzie na szlakach..., Kolorowe Lato..., Tarnica..., wiaterek na Haliczu..., ROZSYPANIEC!!!..., długa droga z Ukrainy do Wołosatego..., PARAFIA z czekoladką...

Rady praktyczne: „Jeżeli śpisz w pałatce na stoku, nie układaj się do snu wzdłuż tylko w poprzek stoku, bo wyjedziesz jak SOPEL”. Ceny na polach namiotowych są dość niskie (trzeba dobrze szukać). Pól jest bardzo dużo. Autobusy Grupy Connex Sanok są także dość tanie – w wakacje obowiązuje zniżka handlowa (bilety są prawie 2 razy tańsze niż normalnie), firma oferuje też 7-dniowy bilet sieciowy na wszystkie autobusy tej Grupy w Bieszczadach za 49,00 PLN (uczniowie i studenci płacą 29,00 PLN). Autobusy jeżdżą dość często. BUS-y jeżdżą częściej, ale są troszkę droższe od autobusów. Jak nie mamy pieniędzy, możemy trochę postać przy drodze i spróbować złapać „stopa” – zapewniam, że tutaj są do tego dobre warunki (przyjaźni i mili ludzie za „kółkiem”). Najlepszym miejscem startowym do wypraw w wyższe partie Bieszczad są Ustrzyki Górne. Ekwipunek oczywiście należy zabierać jak najmniejszy, jeżeli chce się z nim chodzić po górach. Woda mineralna to niezbędna rzecz na szlaku (na Wetlinie Caryńskiej poszły mi 2 butelki 1,5 litrowe). Jedzenie jest dosyć drogie, bo na wioskę przypada czasem 1-2 sklepy, a towar trzeba dowieźć. Kiełbasa zwyczajna u nas kosztuje około 12,00 PLN, a tu jest 6-8 złotych droższa. Trzeba przyznać, że w górach przecież jeść się chce. Wędrując po szlaku polecam porozglądać się „czasem” na prawo i lewo – nie zmarnuj tych widoków. NAJWAŻNIEJSZE – Bieszczady to też GÓRY, żeby Ratownicy z GOPR-u nie interweniowali potrzebna jest WYOBRAŹNIA – bez niej nie wychodź na szlak.

[1] Zagórz powstał zapewne w pierwszych latach XV wieku – pierwsza wzmianka o nim pochodzi z 1412 roku. Od 1977 roku jest miastem. Zabytki, które zasługują na uwagę to barokowy kościół parafialny z I połowy XVIII wieku, wzniesiony na osnowie starszych murów, a także murowana cerkiew z 1836 roku. W kościele znajdują się obrazy, pochodzące ze spalonego klasztoru Karmelitów Bosych. Ruiny klasztoru Karmelitów Bosych, usytuowane na stromej skarpie nad Osławą, w odległości około 3 km od centrum miasta stanowią największą atrakcję Zagórza. Ale o klasztorze opowiem w dalszej części.

[2] Cisna została założona w roku 1522, lub 1552. Na początku XIX wieku powstała w Cisnej huta żelaza, którą wybudował ojciec Aleksandra Fredry - Jacek Fredro. Do czasów obecnych z ciśniańskiej huty nie zachowało się nic, podobnie jak z tartaku, młyna i dworu. Wieś leżała na starym szlaku handlowym, wiodącym na drugą stronę Karpat, zwanym szlakiem baligrodzkim. Z ciekawszych obiektów architektonicznych znajduje się tutaj murowany kościół św. Stanisława Biskupa, który został wybudowany w roku 1914. Na cmentarzu przycerkiewnym znajduje się najstarszy datowany w Bieszczadach nagrobek – zarządcy huty Antoniego Kwiecińskiego i jego wnuczka, z 1842 roku. Na wzgórzu w „centrum” Cisnej wybudowano pomnik ku czci poległych w walkach z UPA żołnierzy i milicjantów. Pomnik powstał w latach osiemdziesiątych, wcześniej były tu tylko zachowane w większym stopniu niż obecnie, pozostałości po posterunku milicji. W Cisnej znajduje się także obelisk, upamiętniający katastrofę śmigłowca, który rozbił się tutaj w styczniu 1991 roku – zginęło wtedy 10 osób.

[3] Mielerz – ogromny dymiący kopiec, w którym w drodze suchej destylacji drewna uzyskiwano węgiel drzewny.

[4] Połonina Wetlińska jest jednym z najbardziej znanych i najczęściej odwiedzanych bieszczadzkich miejsc. Jest doskonałym punktem widokowym, szczególnie jesienią, oraz zimą, kiedy to niejednokrotnie mamy do czynienia ze zjawiskiem inwersji (w górach jest cieplej niż w dolinach), która zwiększa widoczność do 150 – 200 km, powodując, iż z Połoniny Wetlińskiej widoczne są min. Tatry. W okresie letnim, Połonina Wetlińska przeżywa prawdziwe oblężenie. Największy ruch panuje na szlaku żółtym, prowadzącym z Przełęczy Wyżniej. Jest to zrozumiałe, ponieważ po pierwsze jest to najkrótsza droga na szczyt, po drugie jest to trasa łatwa i w końcu po trzecie: na Przełęczy znajduje się parking, oraz przystanek PKS. Przełęcz Wyżnia znajduje się pomiędzy Wetliną, a Berehami Górnymi, aby na nią wyjechać, trzeba pokonać serpentyny, które znajdują się zarówno od strony Wetliny (mniejsze), jak i Berehów. Z samej Przełęczy Wyżniej rozpościerają się także bardzo ładne widoki, szczególnie pięknie prezentuje się stąd Połonina Caryńska, oraz właśnie Wetlińska, a dalej Roh, Hnatowe Berdo i Smerek. Szlak żółty na początku biegnie bardzo łagodnie, potem stopniowo staje się coraz bardziej stromy, aż dochodzi się do odcinka gdzie jest mocno stromy, jednak nie jest to długi odcinek trasy i w zasadzie więcej kłopotów sprawia w drodze powrotnej (np. gdy jest błoto).

[5] Hnatowe Berdo to po polsku Ignacego Skała.

[6] Wołosate - to oddalona o około 5 km od Ustrzyk Górnych niewielka osada, leżąca w dolinie Wołosatki. Kiedyś Wołosate było podobno wsią ludną, a pierwsza wzmianka o tej wsi datowana jest na rok 1557. W czasie II wojny światowej wieś została zniszczona, a większość mieszkańców wysiedlona. Obecnie Wołosate stanowi doskonałą bazę wypadową w wyższe partie Bieszczadów, aczkolwiek tylko w sensie punktu wyjścia, ponieważ zaplecze turystyczne jest tu minimalne (schronisko BPN, pole namiotowe), dlatego noclegów warto szukać w pobliskich Ustrzykach Górnych, gdzie jest ich znacznie więcej, m.in. camping, schronisko "Kremenaros", Hotel Górski i Hotelik Biały, a sporo jest także kwater prywatnych. Drogą do Wołosatego biegnie ścieżka dydaktyczna "Salamandra", przy której znajduje się torfowisko wysokie "Wołosate". Z tablicy informacyjnej dowiemy się jak powstało, oraz jakie rośliny go porastają. W Wołosatem znajduje się także zachowawcza hodowla konia huculskiego Bieszczadzkiego Parku Narodowego, często hucuły można spotkać na łąkach pod Tarnicą, gdzie są wypuszczane. W okresie letnim "życie" w Wołosatem skupia się zazwyczaj w okolicach parkingu, obok którego znajdują się także bary, kioski, itp. Z parkingu roztacza się piękny widok na Tarnicę, oraz Szeroki Wierch.

[7] Dyżur ratownika w GOPR-ze trwa 7 dni (od środy do środy). W Grupie Bieszczadzkiej pracuje ośmiu ratowników zawodowych. Członkami Grupy jest ponad 180 ratowników ochotników. Ratownicy, którzy chcą mieć dużur, wybierają jego  termin i miejsce, zapisując się wcześniej na specjalną listę.

[8] Dzieje klasztoru od lat budzą ogromne zainteresowanie. Prace budowlane rozpoczęto około 1700 roku zaś w 1724 roku budowa domu zakonnego była już tak zaawansowana, że mogło w nim mieszkać kilku zakonników. W tym samym roku nastąpiła uroczysta introdukcja Karmelitów Bosych do nowej siedziby. Kościół i klasztor ukończono przed 1730 rokiem, następnie wznoszono mury obronne i fortyfikacje. Efekt trudnej pracy budowniczych przeszedł oczekiwania – na obszarze 2 ha stanęły imponujące obiekty klasztorne, sakralne i świeckie, na dziedzińcu wykopano kilkunastometrowej głębokości studnię. Cały kompleks otaczały potężne mury forteczne z piaskowca wydobytego z koryta Osławy. W centrum strzelały w górę wieże barokowe kościoła. Unikalnym akcentem architektury tego obiektu była ośmioboczna nawa główna, przykryta płaską kopułą. Inna osobliwość, to umieszczenie ambony po prawej, zamiast - jak każe tradycja po lewej stronie nawy. W klasztorze mieszkało około 20 zakonników, prowadzili oni gospodarstwo rolne, sad, ogród warzywny. Na początku XIX wieku nastąpił upadek klasztoru, wizytacje prowadzone przez władze zwierzchnie donoszą o zastraszającym zaniku reguły, o złej gospodarce, chylących się ku ziemi nie remontowanych budynkach. Próby zaostrzenia dyscypliny, liczne kary nakładane na zakonników, wymiany z innymi klasztorami, nie dają pomyślnych rezultatów. 26 listopada 1822 roku, szerzące się w klasztorze zło, wydało owoce. W czasie kłótni z przeorem, o. Jan Włodzimierski spowodował pożar. Próby gaszenia na nic się zdały, klasztor spłonął. Zakonnika przetransportowano do więzienia we Lwowie, po jakimś czasie znalazł się w domu poprawczym dla zakonników w Przeworsku. Zabudowania klasztorne i kościół nie były całkowicie spalone, wymagały jednak natychmiastowego ratunku. Brakło na ten cel środków, toteż wkrótce obiekty zmieniły się w ruiny, a siedziba Karmelitów Bosych w Zagórzu została zlikwidowana.


Fotki
  Pierwsza Górska Wyprawa "Bieszczady" - Stołpieńska ekipa na przedpolu Bieszczadów - Stacja PKP w Zagórzu Pierwsza Górska Wyprawa "Bieszczady" - Na najwyższym szczycie Bieszczadów - Tarnicy